reklama

Czy konflikt z synem doprowadzi do tego, że matka zostanie bez dachu nad głową?

Łosice, Mierzwice, Sarnaki

Milena Celińska 2022-06-07 08:23:36 liczba odsłon: 4191
Domek w Mierzwicach

Domek w Mierzwicach

To, co relacjonowała mieszkanka Starych Mierzwic, wydało się wręcz niewiarygodne. Ale brzmiało dramatycznie. - Koleżankę jej syn chce wyrzucić z domu. A ona nie ma gdzie się podziać - mówiła moja rozmówczyni. - Jedyny ratunek w pani. Bo jak ludzie przeczytają o Alicji w gazecie, to może znajdzie się jakieś rozwiązanie. Niech pani przyjedzie!

reklama

Weekend majowy. Po Starych Mierzwicach spacerują turyści. Odświętnie ubrani mieszkańcy wracają z kościoła. Domek znajomej Alicji stoi w lesie. Na ganku popijamy kompot z rabarbaru. Gdy pani Alicja przychodzi nieco spóźniona, trudno mi ukryć zaskoczenie. Wyobraźnia podpowiadała mi, że zobaczę starszą, zmęczoną życiem kobietę. Przede mną elegancka, zadbana pani. Przeprasza: spóźniła się, bo była na obchodach 3 Maja. Gospodyni zaprasza do domu. Są z nami trzy koleżanki Alicji.

DLA MATKI NIEWIELE…

Pani Alicja nerwowo skubie szydełkowy obrus. Śledzę jej opowieść, ale przede wszystkim widzę smutne oczy. Mąż pani Alicji pochodził z Mierzwic. Ona urodziła się w Białowieży. Opowiada o synu, dwóch córkach, nieudanym małżeństwie.

- Po rozwodzie wszystko straciłam, ale po śmierci teściów mąż przepisał swoją część na syna. Brat męża jest jezuitą i nie może mieć majątku, więc przypadającą na siebie część też przekazał mojemu synowi. Córkom nic się nie dostało – mówi.

Mąż pani Alicji zmarł 15 lat temu.

- Córki nie dochodziły zachowku. Myśleliśmy, że jak ksiądz jest w rodzinie, wszystko będzie po katolicku - opowiada. – Tak mi się życie jakoś ułożyło, że na emeryturze nie miałam dachu na głową. I przyszłam tutaj, do Mierzwic. Syn udostępnił mi domek letniskowy, który stoi na jego działce. Mam tam 11,5 m2. Naprzeciw, po drugiej stronie drogi, jest dom „po teściach”, teraz własność syna. Miałam klucze od tego domu. Tam nikt nie mieszka. Czasem na weekendy przyjeżdżał ksiądz, brat męża. Dbałam o ten dom, paliłam zimą, odśnieżałam, sprzątałam.

Syn pani Alicji mieszka w Białymstoku. W Starych Mierzwicach bywał sporadycznie. Teraz przyjeżdża częściej, bo zakończył budowę domu (na działce, na której jest również domek letniskowy, gdzie przebywa pani Alicja).

- Ala musi mieszkać na 5 m2, bo część domku to łazieneczka i prowizoryczna kuchnia. Dach jest ukośny, więc wysokość pomieszczenia, w którym Alicja najczęściej przebywa, to 1,6 m – dodaje sąsiadka kobiety.
I zaznacza: - Syn od początku nie pozwolił jej mieszkać w domu, tylko w tym letniaczku. Z tym mężczyzną nie da się rozmawiać. Ostatnio jak u niej była koleżanka, wygonił ją. Mnie też zabronił przychodzić. Jak Ala zachorowała, leki przez płot podawałam.

Pani Alicja opowiada, że ostatnio podupadła na zdrowiu.

- Starość – uśmiecha się. – Odkąd zaczęłam chorować, stałam się niepotrzebna. Relacje z synem zaczęły się pogarszać jesienią ubiegłego roku, bo wcześniej, jak się budował, było normalnie. Normalnie, bo słuchałam się syna. Inaczej krzyczał, że mogę się wyprowadzić w swoje rodzinne strony albo do córek. Ale jedna córka ma niepełnosprawne dziecko i 30-metrowe mieszkanie, a druga mieszka aż w Elblągu. Więc gdy krzyczał, potakiwałam, bo wiedziałam, że jestem na łasce syna i jego żony.

Sąsiadka pani Alicji wtrąca: - Ala bardzo dba o ogródek przy domku. Od lat sadziła kwiaty, drzewka owocowe, warzywa.

- Dla syna i synowej uprawiałam, bo mnie naprawdę niewiele trzeba. I z synem nie raz zbieraliśmy wspólnie warzywa - mówi pani Ala. – Tak mi żal tych kwiatów... Chciałabym dożyć tutaj ostatnich chwil. Bo tu mam nie tylko ogród, który jest moim życiem, ale i przyjaciół.

CAŁY CZAS KOCHAM SYNA…

Koleżanki pani Alicji mówią, że zrobią wszystko, by ją we wsi zatrzymać. To wyjątkowa miejscowość. Nie tylko ze względu na malownicze położenie. Tutaj większość ludzi żyje jak rodzina, choć niektórzy przeprowadzili się z dużych miast. Razem działają dla wsi. Mają swoje stowarzyszenie i klub seniora, do których należy też pani Alicja.

- Jak jest zabawa, to na nią idę, jak trzeba sprzątać, to też. Jestem samotna, ale kocham ludzi. A synowa
i syn naopowiadali plotek do księdza, brata męża, że ja tu piję i źle się prowadzę – smuci się pani Alicja.

- Bzdury jakieś! Bo dba o siebie, włosy farbuje, maluje usta? Bo spotykamy się, by potańczyć? A co, ma się tylko modlić i w chuście na głowie chodzić? – irytuje się jedna z koleżanek Alicji.

Pani Alicja dodaje, że chyba te plotki wzburzyły księdza.

- Przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do mnie. Najpierw pytał, czy będę palić w piecu w domu teściów. Odmówiłam, bo wyjeżdżałam na dłuższy czas na rehabilitację. Wtedy kazał mi oddać klucze i powiedział, że nie mam już wejścia do domu, który odwiedzał. A ja tam chodziłam sobie prać, zostawiałam odkurzacz, bo w domku letniskowym nie ma na to miejsca – wyjaśnia.

Pięknym za nadobne

Potem syn zażądał, by matka do końca kwietnia wyprowadziła się. Pani Alicja pokazuje wiadomość od syna. Wyliczył, że za każdy miesiąc mieszkania powinna mu płacić 1 tys. zł. Przez 9 lat nazbierało się 108 tys. zł. Dopisał, że z tej kwoty może sobie odliczyć np. pieniądze na alimenty. Prosił też, by wymeldowała się
z domu teściów. Podkreślał, że jest chory, nie chce się kłócić i nie życzy matce źle. Ale skoro nie mogą się dogadać, nie ma co się upierać przy zgodzie. Dodał, że nie będzie odbierał „wściekłych” telefonów od matki.

Pani Alicja odpowiedziała pięknym za nadobne: Za to, że zajmowała się domkiem i posesją naprzeciw, syn jest jej winny 378 tys. zł za „dozorstwo”. Są też inne uszczypliwości i informacja, że nie wymelduje się z domu po teściach, a wręcz zastanawia się, czy tam się nie wprowadzić, skoro ma tam meldunek. Ale zaznacza, że nie chce wojować.

- Może niepotrzebnie tak napisałam – przyznaje teraz ze smutkiem. - Po tej wiadomości syn był
w Mierzwicach, jakoś po Wielkanocy, ale omijał mnie. Potem poprosił na rozmowę. Zrobił mi awanturę, więc poszłam do siebie, bo nie chciałam w takiej atmosferze rozmawiać. Pobiegł za mną, zamknęłam się ze strachu w domku, a on na złość odłączył mi prąd.

Pani Ala zadzwoniła wtedy po policję. Policja kazała podłączyć prąd. Od tamtej pory matka nie rozmawia z synem.

- Boję się wychodzić, jak oni przyjadą. Wiem, że prawnie to wszystko jest ich, syn ma prawo wystąpić
o eksmisję. Ale proszę, by pozwolili mi dożyć tutaj do śmierci - mówi, tłumiąc łzy. - Ja go od małego jak lwica broniłam. Ślepo zapatrzona byłam w niego. I jestem dalej. Bo ja go cały czas kocham, mimo tego, co robi. Mnie nie stać, by coś wynająć. Chcę, by był pokój w rodzinie. Przecież ja ich nie skrzywdziłam.

Milczenie, które zapadło, przerywa jedna z koleżanek: - Byłyśmy u wójta, on się strasznie rozczulił, jak usłyszał historię Ali. Chcemy, żeby ona tu została. Dokąd ma iść?

Spotkanie dobiega końca. Wracając, mijam domek letniskowy, w którym mieszka pani Alicja. Tonie w kwiatach. Naprawdę jest uroczy.

- Turyści to robią sobie tutaj zdjęcia – woła mężczyzna przejeżdżający na rowerze.

KAŻDY MA SWOJĄ PRAWDĘ

Dlaczego doszło do takiej eskalacji konfliktu? Czy plotki mogły być jedynym powodem próby wyrzucenia matki z domu? Próbując zadać takie pytania synowi pani Alicji, pomyślałam, że usłyszę jedynie kilka niemiłych słów. Telefon odbiera synowa pani Ali. Chętnie rozmawia. Słychać, że mąż trochę jej podpowiada. Synowa śmiało mówi o życiu teściowej i siostrach męża. O ich kłopotach. Zastrzega, by tego nie pisać. Zaznacza, że teściowa nie raz sprawiała im przykrości, nawet gdy mąż chorował i potrzebował spokoju. Prosi, bym obejrzała zdjęcia na fejsbuku z jednej z imprez stowarzyszenia wiejskiego. Ona jest zażenowana tymi fotografiami. Widziałam je, pani Alicja mi je pokazywała. To był bal przebierańców. Pani Ala występuje jako Myszka Minnie. Ma spódnicę w grochy, przed kolana.

- Czy to coś zdrożnego, gdy figura 70-latki jest świetna? – pytam synową.

Słyszę tylko, że ona z mężem nie zgadzają się, by w ich własności były urządzane imprezy.

- Czy nie mogliby jeszcze porozmawiać z Alicją? - sugeruję, wspominając, jak czule kobieta mówiła o synu. Po chwili ciszy synowa chce się dowiedzieć, dlaczego Alicja prosiła media o pomoc.

- Nie ona, jej znajomi. Może to ich zdaniem ostatnia deska ratunku - odpowiadam.

Wtedy słyszę, że pani Ala lubi się nad sobą użalać, a całej prawdy o swoim życiu nie mówi.

- My chcemy ją tylko wymeldować z domu po teściach. Nie chcemy konfliktu. Niech sobie mieszka w domku letniskowym. Przyjęliśmy ją tam 9 lat temu. Gdyby nie my, wylądowałaby pod mostem – mówi synowa, zaznaczając, że jedynie tę jej wypowiedź mogę zacytować.


Wójt Sarnak Grzegorz Arasymowicz zaznacza, że pani Alicja nie była zameldowana ani w domku letniskowym, ani w domu „po teściach”. I wyjaśnia, że gmina w tym miesiącu nadała numer domkowi letniskowemu i zameldowała tam panią Alicję.

- Postępujemy zgodnie z procedurami i faktami. A fakt jest taki, że pani Alicja mieszka tam od 9 lat – mówi wójt i dodaje: – Ten konflikt chyba wygasa. W ostatnich dniach odniosłem wrażenie, że syn jednak odpuści. 

Komentarze (8)

Komentarz został dodany

Twój komentarz będzie widoczny dopiero po zatwierdzeniu przez administratora

Dodanie komentarza wiąże się z akceptacją regulaminu

  • najstarsze

  • najnowsze

  • popularne

Czytaj także

reklama
Klauzula informacyjna
Szanowny Użytkowniku

Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” zaktualizowała swoją Politykę Prywatności. Portal tygodniksiedlecki.com używa cookies (ciasteczek), aby zapewnić jak najlepszą obsługę naszej strony internetowej. Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” i jej Zaufani Partnerzy używają plików cookies, aby wyświetlać swoim użytkownikom najbardziej dopasowane do nich oferty i reklamy. Korzystanie z naszego serwisu oznacza to, że nie masz nic przeciwko otrzymywaniu wszystkich plików cookies z naszej strony internetowej, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Można zmienić ustawienia w przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.