reklama

Pracownicy „Tygodnika Siedleckiego”

Mazowsze

2011-03-20 09:53:20 liczba odsłon: 28909

Zespół redakcyjny „TS” podczas gali jubileuszowej na scenie CKiS w Siedlcach. Fot. Krzysztof Mioduszewski

Wczoraj (19.03) świętowaliśmy wydanie 1.500 numeru „TS”. Z tej okazji w Centrum Kultury i Sztuki została zorganizowana uroczysta gala. Wzięło w niej udział ponad 400 osób. Dziś prezentujemy pracowników redakcji „TS”.

reklama

Dziennikarze

Krzysztof Harasimiuk
(redaktor naczelny)

Moim zdaniem, które w pełni podzielam (cytuję za śp. Staszkiem Celińskim), jestem człowiekiem: zorganizowanym, łagodnym i łatwowiernym.

W wieku dziewiętnastu lat pierwszy raz współprowadziłem obóz harcerski nad Bugiem. Musiałem zadbać o bezpieczeństwo kilkudziesięciorga dzieci. Było dobrze i bezpiecznie. Później takich imprez było więcej. Za jedną z nich, wzorowo poprowadzoną, w nagrodę pojechałem na Krym. To była dobra szkoła życia i organizacji pracy.

Moje zorganizowanie, przez rodzinę zwane upierdliwością, najbardziej przeszkadzało czwórce moich dzieci. Szczególnie w dni wolne od pracy.
Często w sobotę wysyłały mnie na ryby, by w domu nie było tematu porządków lub zbyt długiego (moim zdaniem) spania. Teraz niektórzy współpracownicy też uważają, że się ich czepiam. A ja tylko próbuję egzekwować obowiązki.

Uważam, że jestem człowiekiem łagodnym. W pracy najbardziej cenię sobie partnerskie stosunki, kiedy każdy wie (a wie), co ma robić i robi to dokładnie. Wybucham w ostateczności, najczęściej z powodu bałaganiarstwa lub lenistwa.

Za łatwowierność przyszło mi w życiu parę razy zapłacić. Nie materialnie, ale zdrowiem, poważnym stresem. Jak można się czuć, kiedy okazuje się, że bliski współpracownik okrada własną firmę? Moja łatwowierność po niespełna trzydziestu latach w „TS” już trochę spowszedniała.

Koledzy i koleżanki dziennikarze co tydzień ćwiczą mnie w tej dziedzinie. Ale może, moim zdaniem, które w pełni podzielam (patrz wyżej), ja takim chcę być?

Mirosław Buczek (sekretarz redakcji)

Związał się z „Tygodnikiem Siedleckim” w 1990 roku.

– „Tygodnikowych” obyczajów uczyłem się od Staszka Celińskiego, Janusza Grudnia, Janusza Mazurka – wspomina Mirek. Granica między pracą a bujnym wówczas życiem towarzyskim była bardzo „płynna”. Na prawie każdym spotkaniu nieformalnym dominowała dyskusja o redakcji i wydawnictwie.

W 1993 r. z „TS” odszedł Janusz Grudzień i część obowiązków członka zarządu naszej firmy oraz redagowanie kolumn sportowych powierzono M. Buczkowi. Rok później był on już pełnoprawnym członkiem kierowniczego gremium WSP „Stopka” i nieprzerwanie pełni powierzoną wówczas funkcję do dnia dzisiejszego. Odpowiada za współpracę z kolporterami, drukarnią i Związkiem Kontroli Dystrybucji Prasy. Monitoruje nakłady, zwroty i sprzedaż „TS”.
Organizuje bądź współpracuje przy organizacji: plebiscytów na najlepszych i najpopularniejszych sportowców oraz trenerów, piłkarskich „Sokolików”, mazowieckich turniejów tenisa stołowego.

Prywatnie lubi podróże, zwiedzanie ciekawych miejsc, literaturę faktu oraz… potrawy kuchni myśliwskiej i staropolskiej. Sam zresztą, gdy ma natchnienie, lubi poeksperymentować w kuchni.

Krzysztof Strzelecki (sekretarz redakcji)

Jestem z natury pesymistą i świat wokół siebie widzę raczej w czarnych barwach, choć czasem błyśnie jakaś iskierka. Mam dwie z całego serca oddane sobie istoty – jedna z nich ma cztery łapy i ogon. To kot Kirek. Imię wymyśliła moja Mama. Kirek jest czarny, na tle tej czerni wyróżnia się tylko mały biały akcencik pod szyją.

Czerń bywa fascynująca – zapewniam! Czarny humor ma coś w sobie, moim zdaniem. A czarne oliwki są pyszne. Picie czarnej kawy sprawiało mi do niedawna ogromną przyjemność. 

Czy, biorąc to wszystko pod uwagę, może dziwić, że zajmuję się w „Tygodniku” informacjami powiatowymi, drukowanymi w większości na czarno-białych stronach?

A, jeszcze iskierka, o której wspomniałem. Może być czerwona! Bo to i „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej, i „Миллион, миллион, миллион алых (szkarłatnych) роз” Ałły Pugaczowej. Czerwone róże są… Są cudowne!

Stanisław Jastrzębski (sekretarz redakcji do 2012 r., obecnie dziennikarz)

Moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła się w 1989 roku. Wtedy to, wspólnie z kolegami-studentami z siedleckiej uczelni, zaczęliśmy wydawać pismo „NOS” (Niezależna Opinia Studentów). Do dziennikarstwa miałem bliską drogę, bo wcześniej (w zasadzie od szkoły średniej) pisałem wiersze. W latach 80. w tzw. drugim obiegu wydałem dwa zbiory swoich wierszy – „Tylko róża” i „Pełnia dojrzewania”.

W 1991 roku rozpocząłem pracę w „Nowym Echu Podlasia”. Potem byłem dziennikarzem w „Kurierze Siedleckim”, siedleckiej mutacji „Gazety Wyborczej” i „Nowinach Podlaskich”.

Od 1997 roku pracuję w „Tygodniku Siedleckim”. Od kilku lat nie zajmuję się na stałe pisaniem tekstów, tylko redagowaniem gazety - to obowiązki sekretarza redakcji.

Opracowuję więc teksty kolegów i kieruję je do druku. Koledzy dziennikarze są niekiedy bardzo niecierpliwi i zasypują mnie pytaniami: „Kiedy puścisz mój tekst?”, „Dlaczego on jeszcze nie poszedł?, „Ten tekst musi pójść teraz!”. A gazeta przecież nie jest z gumy...

A prywatnie? Interesuje mnie polityka, lubię książki i filmy sensacyjne, dobrą polską kuchnię i zaplanowane podróże.

Piotr Giczela

Ci, którzy znają mnie trochę, uważają, że jestem metodycznie uporządkowany, wręcz pedantyczny. To część prawdy. Przy bliższym poznaniu moi znajomi znajdują u mnie ten tajny przełącznik którego użycie powoduje, że staję się artystycznym wręcz bałaganiarzem. Dobrze mi się żyje w niemal wojskowym drylu, jak również w radosnej niewiedzy, o której odjeżdża mój pociąg czy autobus. No bo przecież pojedzie kiedyś następny, no nie?

Á propos notorycznego ignorowania przeze mnie wszelkich rozkładów jazdy... To zapewne efekt umiłowania autostopu. Od szkolnych lat jestem fanem tego typu przemieszczania się w przestrzeni międzymiastowej. Niestety, z tego hobby nie są zadowoleni moi szefowie, bo na cotygodniowe,  bowiązkowe, najważniejsze i święte zebrania redakcyjne czasem spóźniam się akademicki kwadrans. Podobno koledzy zaczęli przyjmować po cichu zakłady, ile minut tym razem się spóźnię. A niech się bawią! Mają szczęście, że mam reportersko grubą skórę.

Pośpiech dziennikarskiego życia najlepiej odreagowuję pod żaglami, rozwijając swą pasję żeglowania po jeziorach i morzach. Odpoczywam też hasając z harcerzami po dzikich ostępach.

Na koniec pochwalę się. Jestem wiecznym uczniem i skręca mnie, jeśli od czasu do czasu nie posiedzę trochę w ławce. Dlatego spośród grona redakcyjnych koleżanek i kolegów zaliczyłem najwięcej szkoleń, kursów i różnych studiów. No przecież muszę mieć wciąż prawo do akademickiego kwadransa, no nie?

Milena Celińska

Przede wszystkim jestem szczęśliwą mamą. I w ogóle jestem szczęśliwa, bo, jak mówią moi najbliżsi, należę do grona ludzi, będących optymistami.

Powiedziałabym nawet, że jestem niepoprawną optymistką. Bo ja kocham życie. I kocham gotować. Pichcenie chyba nawet stało się moją pasją. Śledzę wszelkie kucharskie nowinki, z zamiłowaniem oglądam programy kulinarne. Kiedy tylko znajdę czas, wypróbowuję te przepisy… na własnej rodzinie.

Z różnymi skutkami. Najczęściej moi bliscy są zadowoleni - przynajmniej tak mówią.

Narzekanie zaczyna się wtedy, gdy trzeba posprzątać kuchnię. Mam już taką przypadłość, że podczas gotowania używam kilkunastu łyżek do mieszania potrawy, kilku noży do krojenia.

Czasem też coś spadnie, wypadnie, rozsypie się, rozleje… Ten bałagan w kuchni troszeczkę odzwierciedla moje JA. Bo już jestem sobie taka trochę roztrzepana. Na szczęście na straży porządku stoi mój cudowny mąż – istne moje przeciwieństwo. To pedant. Właśnie owo przeciwieństwo nas do siebie przyciąga. Jedyne krytyczne momenty w naszym związku zdarzają się, gdy do drzwi puka listonosz… Bo jestem maniaczką zakupów internetowych. Licytuję, kupuję… A potem te zakupione przeze mnie rzeczy najczęściej lądują w koszu. No cóż, kupowanie przez Internet jest ode mnie silniejsze.

Justyna Janusz

Uwielbiam kryminały (ostatnio szwedzkie). Coraz częściej przy kasie w księgarni, oprócz książek, w których trup ściele się gęsto, dokładam jeszcze te o krasnoludkach czy o kotku, który był chory. Nie, nie dla odprężenia.

To dla Tosi, która pojawiła się w moim życiu półtora roku temu i dość mocno je przeorganizowała. Kilka miesięcy, które spędziłam na urlopie macierzyńskim, pozwoliło mi złapać dystans, ale też sprawiło, że zatęskniłam za pracą.

Nic na to nie poradzę - bardzo lubię mój powiat garwoliński. Zresztą znajomi się śmieją, iż często mówię „u nas w Garwolinie”. Trasę Siedlce-Garwolin mogłabym pokonać już niemal z zamkniętymi oczami. Nie przeszkadzało mi nawet to, że jeden z burmistrzów co środę, po ukazaniu się tekstu o nim, groził, że pozwie mnie do sądu. „Pozywał” tak przez kilka lat, aż... przestał być burmistrzem. Teraz oboje wspominamy te czasy z nostalgią.

Zbigniew Juśkiewicz

Czy ja mam pecha? Pracowałem w „Sztandarze Młodych”, ale gazeta upadła. Potem zatrudniłem się w „Ekspresie Wieczornym”, ale wkrótce i ta redakcja splajtowała. Od kilkunastu lat jestem dziennikarzem „Tygodnika Siedleckiego”.

Moja redakcja obchodzi właśnie jubileusz. Ma na rynku doskonałą pozycję. W tym wypadku sprawdza się więc powiedzenie: do trzech razy sztuka.
Czy ja jestem zacofany? Żeby się tak nie samobiczować, ograniczę tę tezę do określenia - zacofany technologicznie.

Przyznaję, że nie umiem pisać maili i nigdy nie posługiwałem się kartą bankomatową. Umiem jednak pracować na laptopie i przegrywać teksty na pendrive’a. Nie mam też kłopotów z otwieraniem tojtojek, które trzeba uruchamiać po wrzuceniu pieniędzy - w końcu to też przejaw jakiejś myśli technicznej (choć zdecydowanie preferuję tradycyjne „babcie klozetowe”). I do trzech razy na razie mi wystarczy.

Czy mam udane dzieci? Córka studiuje dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, a syn prawo. Mam 49 lat i w tym wypadku to już na pewno nie będzie - do trzech razy sztuka...

Orderów i odznaczeń nie posiadam (poza Młodzieżowym Aktywistą Wędkarskim, Wzorowym Podchorążym i wyróżnieniem w ogólnopolskim konkursie „Obywatel Reporter”).

Nie dlatego, żebym czegoś nie przyjął. Po prostu nie dali. Ale jakąż taki brak namacalnych dowodów uznania daje nadzieję! W końcu wszystko jeszcze przede mną! :-)

Dariusz Kuziak (od 2012 r. sekretarz redakcji)

Gdybym wiedział, że dziennikarstwo będzie czasami polegało na tym, by pisać o sobie, zostałbym raczej poetą. Piszę tę notkę oczywiście w ostatniej chwili. To typowe. Gdyby nie morderczy redakcyjny deadline, zapewne nigdy nie rozstawałbym się ze swoimi tekstami.

Zawsze można je przecież napisać lepiej, następnego dnia spojrzeć świeżym okiem, coś poprawić, ulepszyć.
Lubię być… gdzie indziej. Po drugiej stronie rzeki trawa zawsze jest bardziej zielona. Gdybym się modlił, ruszając w podróż, to słowami Pana Cogito - podróżnika:

Panie, dziękuję Ci że stworzyłeś
świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś
mi w niewyczerpanej dobroci
Twojej być w miejscach które
nie były miejscami mojej codziennej udręki


Siedzieć przez pół nocy przy ognisku nad Mikaszewem. Toczyć rozmowy istotne w kawiarni z widokiem na katedrę w Orvieto. Kołysać się pod żaglami na Tałtach. Patrzeć na wschód słońca nad Gangesem. Krzepić oczy wiosennymi łąkami za Płatkownicą. Być w drodze do Mandalay.
Ech, piękne jest życie…
Właśnie zatęskniłem za daleką podróżą.

Bożena Luczewska-Matejek

Pociąga mnie dziennikarstwo zaangażowane. Z emocjonalnym stosunkiem do poruszanych spraw i do uwikłanych w nie ludzi. Z głębokim przeświadczeniem, że „opisanie w gazecie” spowoduje zmianę. Zatrzyma falę niesprawiedliwości lub przemocy, wyrwie z letargu, otrzeźwi kogo trzeba, pozwoli zrozumieć, popchnie do zmiany…

Wierzę, że media nie tylko zalewają ludzi nadmiarem informacji, ale także spełniają pozytywną misję – otwierają oczy, uwrażliwiają, a czasem piętnują to, czego akceptować nie należy…

Lubię, gdy mocniej zaczyna mi krążyć krew w żyłach, bo trafi am na temat, który mi „podchodzi”. Wtedy zdania same wysypują się spod klawiatury…
Nie lubię rozstań. Toteż nie opędzam się, gdy osoby, napotkane na zawodowej ścieżce, nie dają o sobie zapomnieć, gdy żyję tematem jeszcze długo po opublikowaniu. Bo toczy się akcja pomocy, bo nieporadnych bohaterów reportażu trzeba pokierować do właściwych urzędów, wysłuchać, dodać im wiary w to, że na świecie można spotkać dobrych ludzi.

Praca dziennikarza potrafi wciągnąć jak odkurzacz. Tak wessać, że zapomina się o swoich potrzebach, ale – jak mało który zawód – niesłychanie rozwija, nie pozwala stać w miejscu, wciąga w wir życia i wydarzeń.

Toteż nieprzypadkowo jestem jednym z kilku zodiakalnych Bliźniaków w redakcji. My „Bliźniaki” uwielbiamy ruch, ciągłe zmiany i intelektualne wyzwania.

Bożena Nowotniak

Napisz sobie krótką biografię. Ha! Mam kłopot, bo ja jeszcze żyję, a peany pochwalne pisze się o tych, którzy zmarli. Źle o sobie w żadnej mierze pisać nie zamierzam. A oświadczać, jaka jestem mądra, dowcipna, piękna, młoda, zdrowa i bogata, to nie ma sensu, bo zaraz zaczną zazdrościć i kłody pod nogi rzucać. 

Powiem o sobie skromnie. Ja to Bono. Piszę pod tym pseudonimem już 30 lat i czasami się zastanawiam, czy przypadkiem Bono z U2 (czy jak mówi nasz klasyk polityczny „u dwa”) nie zerżnął go ode mnie. Jak tylko w mediach chwalą Bono, to rosnę, duma mnie rozpiera. W końcu Bono, to Bono! Nieważne, czy z U2, czy z „Tygodnika Siedleckiego”. Ale czasami sobie pozazdroszczę. On z rąk królowej otrzymuje tytuły honorowe, a mnie szef nawet premii skąpi. Gdzie tu sprawiedliwość? Fajnie byłoby sobie kiedyś pogadać z Bono jak Bono z Bono.

Mam też coś z Lenina. Urodziliśmy się pod koniec kwietnia. On zodiakalny byk i ja byk. On rewolucjonista. Ja redaktor. Oba słowa zaczynaja się na „re”. Ale z tego towarzystwa kobietą to jestem tylko ja.

I myślę jak kobieta. Szeroko, elastycznie i o wszystkim jednocześnie: Poprawić sobie humor i kupić torbę… Maryla Rodowicz schudła 20 kg… Balcerowicz opozycjonistą rządu… Ukradli mi z OFE emeryturę… Najmodniejsza kiecka w kolorze nude. I co mi wychodzi z tego myślenia? Piszę tekst o autostradzie A2.

Tomasz Markiewicz

Do redakcji przyszedłem młody, nieopierzony, prosto z ulicy. Krzysztof Strzelecki wręczył mi książkę: Jak dobrze pisać? I wbijałem do głowy złote reguły: „Unikaj zdań złożonych. Po dłuższym zdaniu krótsza fraza: pach, pach! I znowu dłuższe. Musi być arytmia. Uważaj z przymiotnikami”.

Co tydzień pisałem dzieło swojego życia i biegłem z nim do śp. Staszka Celińskiego. – Ooo widzę błysk w oku. Co, napisałeś świetny tekst, taaak? – witał mnie w progu. Po czym przechodził do ofensywy.

– Oczywiście, że możesz go oddać. Jak widzisz, kosz na śmieci mam pod ręką... – lojalnie informował.

Od tamtego czasu minęło 15 lat. W swojej pracy najbardziej lubię przeprowadzać wywiady. Czasem słyszę: eeee, to przecież takie proste, przepisujesz to, co rozmówca ci powiedział. Guzik prawda. Musisz myśleć jak pisarz, wychwytywać podteksty jak psychiatra, mieć słuch jak muzyk, wybierać co lepsze kawałki jak redaktor i umieć odpowiednio je zestawić jak dramaturg. Ot i cała prawda. Kiedyś uważałem, że każdy tekst pisany musi grać, dźwięczeć jak melodia, jak muzyka, jak „Eine kleine Natchtmusik” Mozarta. Potem wyzbyłem się złudzeń. A to deadline, a to człowiek niewyspany, a to biomet niekorzystny.

Pisać, to znaczy umieć nasze myśli ubierać w słowa. Ale to nie wystarczy. Trzeba jeszcze robić wszystko, żeby cieszyć się spokojem o jakość wykonanej pracy. Dlatego nie śpisz po nocach, bo mogłeś zrobić coś lepiej. A jeśli śpisz, znaczy, że nie lubisz tej pracy.

Janusz Mazurek

W „Tygodniku” jestem od zawsze. I jestem wszędzie. Tam, gdzie mnie chcą, i nie. Jestem tam, gdzie coś się dzieje.

Od 30 lat na stałym dyżurze. Od naciskania spustu migawki mam zwyrodnienie palca. W międzyczasie zacząłem pisać.

Od zawsze jestem też z żoną Halinką. Bardzo wyrozumiałą. Toleruje moje nocne wypady, nigdy nie podejrzewając mnie o niecne powody nieobecności.
Pracę mam ciekawą. Raz tylko poczułem się bezradny. Robiłem reportaż z sali porodowej. Miałem na sobie fartuch, jak lekarz. pewnym momencie pacjentka zapytała mnie z rozpaczą: „Panie doktorze, jak długo jeszcze?”. A ja, niestety, niewiele wiem o porodach. 

Mój najlepszy pomysł? Kiedy dowiedziałem się, że papież będzie w Siedlcach, wymyśliłem, że chcę Mu zrobić zdjęcie na tle Jacka. Tylko ja wpadłem na ten pomysł i tylko ja mam takie zdjęcie.

Justyna Pycka

Justynę najczęściej można spotkać w Sokołowie Podlaskim lub za kierownicą fiata, na trasie między Siedlcami a Sokołowem. Nie są Jej obce problemy rodziców, bo od szesnastu już lat jest mamą Julii. Prywatnie uwielbia czworonogi, a w szczególności psy. Jej dom jest również domem siedmioletniego cocker spaniela – Aksela i dziewięciomiesięcznej suczki rasy golden retriever – Istrii. Kiedy pisze artykuły, to właśnie futrzaste pupile dotrzymują Jej towarzystwa.
Jako matka samodzielnie wychowująca dziecko, rozumie problemy ludzi, znajdujących się na życiowych zakrętach, często będących w trudnej sytuacji życiowej. Wiosną ubiegłego roku, kiedy na łamach „TS” relacjonowała przebieg akcji przeciwpowodziowej, prowadzonej w nadwiślańskich gminach powiatu garwolińskiego, utożsamiała się z mieszkańcami miejscowości zagrożonych powodzią.

Wszystko dlatego, że w 1997 roku, w Opolu, przeżyła tzw. powódź tysiąclecia. Kiedy robi sobie przerwę od pracy, odstresowuję się wcielając się w rolę wirtualnej farmerki w internecie, słuchając jazzu, oglądając dobre filmy (ale nie komedie romantyczne!) lub czytając książki, najchętniej o tematyce psychologicznej.

Mariola Zaczyńska

Dziennikarka i pisarka. Wydała dwie powieści w konwencji komedii romantycznej - „Gonić króliczka” (2008) i „Jak to robią twardzielki…” (2010).
Pracowała także w Radiu dla Ciebie i w Telewizyjnym Kurierze Mazowieckim, w którym wsławiła się nietypowymi relacjami: w pogoni za tematem latała motolotnią, razem ze strażakami unieszkodliwiała gniazdo szerszeni, czy też notorycznie odpływała z kadru w niezacumowanym pontonie.

Bridget Jones mogłaby się od niej uczyć! Laureatka wielu ogólnopolskich nagród dziennikarskich. Bojowniczka o prawa zwierząt.
– Mam 18 psów i 8 kotów. Dobrze, że nie jestem panienką po czterdziestce, bo przylgnęłaby do mnie łatka „dziwaczki”. A tak jestem tylko „ekscentryczna”.
Cenię nade wszystko lojalność i poczucie humoru.

Pisze bezkompromisowo i odważnie. Budzi emocje. Po jednej z krytycznych publikacji prezydent Siedlec ostentacyjnie nie podał jej ręki. Gdy emocje opadły, wykonał na przeprosiny „misia”. Nie lata samolotami. Wrzuca datki do puszek żebrzących. Używa, niestety, brzydkich wyrazów w mowie codziennej, więc łatwo sobie wyobrazić, co się dzieje z jej werbalną ekspresją w chwilach wzburzenia

Biuro Promocji i Reklamy

Artur Bury (kierownik działu)

Podobno wszedłem już w wiek balzakowski :-), ale jakoś na razie bezobjawowo. Jedyny mężczyzna w Biurze Reklamy „TS”, co często budzi zazdrość u niektórych klientów.

Dwoma kobietami mojego życia są żona Kasia i córka Ola. Rodzinę uzupełnia jeszcze syn Michał. Stanowimy całkiem zgraną rodzinkę i próbujemy mieszkać sobie beztrosko w nowym domu. Ale nie jest to łatwe. Wydawałoby się, że wykańczamy powoli nasz kącik, a tymczasem to chyba on wykańcza nas.

Jestem raczej domatorem, a moją pasją jest ogród i praca w nim. Gaduła i trochę bałaganiarz, pogodnie nastawiony do życia. Lubię muzykę jazzową i dobry film. Ulubiona potrawa - owoce morza. Niespełnione marzenie - nurkowanie na rafie koralowej i zakup motoru.

Dobrze się czuję w tym, co robię i na razie nie mam zamiaru tego zmieniać.

Agnieszka Chmielewska (zastępca kierownika działu)

Mężatka, 1 dziecko - syn. W „Tygodniku Siedleckim” pracuję ponad 18 lat. Jestem zastępcą kierownika Biura Reklamy i Promocji.

Moje zainteresowania są różne, lubię książki, dobrą muzykę i film. Czynnie uprawiam sport. Kilka razy w tygodniu chodzę na aerobik i siłownię. Jestem miłośniczką wycieczek rowerowych, a ostatnio fanką siedleckiego lodowiska. Poza tym interesuję się projektowaniem wnętrz i każdą wolną chwilę poświęcam na przeglądanie czasopism i oglądanie programów temu poświęconych.

Jestem idealistką. Potajemnie - marzycielką. O czym zdarza mi się najczęściej marzyć? O dalekich, egzotycznych podróżach.

Joanna Jońska

Jestem najmłodszym stażem pracownikiem „Tygodnika Siedleckiego”. W redakcji pracuję od roku. Przyjazna i życzliwa atmosfera sprawia, że z chęcią przychodzę do pracy. Może nie mam ukrytych talentów, ale za to jestem: punktualna, dokładna i cierpliwa.

Cenię niezależność! Jestem straszną gadułą. Właściwie to wszystko muszę przegadać. Mogę mówić bez przerwy i bez łapania oddechu.
Moim oczkiem w głowie jest syn Dominik i głównie jemu poświęcam swój wolny czas.

Agnieszka Król

W redakcji od 13 lat, obecnie Biuro Ogłoszeń, wcześniej sekretariat i księgowość. Jestem niepoprawną optymistką, nieznoszącą jakichkolwiek ram. Przekorną,lubiącą głęboką czerń, ognistą czerwień i wysokie obcasy na pedale gazu.

Nie potrafi ę się podporządkować, bujam w obłokach, nie schodząc na ziemię. Twardzielką z miękkim sercem zakochaną w deszczu i górach. Kocham wszystko, co żyje i kocham życie.

Moim życiem jest rodzina, dzięki niej nauczyłam się rozróżniać to, co ważne od tego, co pilne.

Pasjonatka fotografi i i gotowania. Każdą wolną chwilę poświęcam patrzeniu na magię świata przez czarodziejskie szkiełko, które pozwala mi zobaczyć inny jego wymiar, ale nie zapominam też o smaku życia… na talerzu.

Halina Trochimiuk (główna księgowa)

Cyferki nie są nudne! Mówię to jako główna księgowa, która spełnia się, gdy wychodzą jej: bilans, rozliczenia i sprawozdania. Bardzo lubię swoją pracę, mimo iż jest niezwykle odpowiedzialna, włącznie z odpowiedzialnością osobistą. Nie lubię twórczego bałaganu, jestem osobą uporządkowaną i zorganizowaną.
Rzeczy powinny mieć swoje miejsce, bo świat jest wtedy przewidywalny i bardziej przyjazny. Wbrew pozorom - mam poczucie humoru i lubię się śmiać. Jestem zaprzeczeniem typu choleryka: emocje kryję w sobie, choć ostatnio uczę się dawać im upust. Bardzo ważna jest dla mnie rodzina.

Joanna Klocek

...to najmilszy głos w redakcji. Znają ją ci, którzy dzwonią do naszego sekretariatu. – Redakcja, słucham – mówi, odbierając telefon. Jest jednym z najmłodszych (stażem i wiekiem) pracowników „Tygodnika Siedleckiego”, ale równocześnie jednym z najbardziej lubianych. I wcale nie dlatego, że to ona zwykle przelewa nam nasze wypłaty na konta. Lubimy ją, bo trudno jej nie lubić. Pasje? Kiedyś jedną z większych było gotowanie. Od prawie roku największą pasją Asi jest jej mała córeczka – Iza. Tak samo drobna jak jej mama, ale w odróżnieniu od mamy - blondynki, posiadająca bujną, ciemną
czuprynę.

Skład komputerowy

Marek Stasiuk (kierownik działu)

W redakcji „Tygodnika” pojawiłem się wraz z pierwszymi komputerami, a było to już 18 lat temu. Są rzeczy, których nie cierpię, jedną z nich jest jazda samochodem, zwłaszcza po Siedlcach, dlatego moim podstawowym środkiem lokomocji jest rower.

Bardzo ważna jest dla mnie rodzina. Staram się spędzać z nią jak najwięcej czasu.

Ferii zimowych nie wyobrażam sobie bez wyjazdu z synem i córką na narty, choć na tydzień, natomiast urlop letni spędzam z żoną i wnuczką nad morzem, na rekolekcjach formacyjnych Domowego Kościoła, którego razem z żoną jesteśmy członkami.

Jacek Komorowski

Pracuję w „Tygodniku” już ponad 15 lat, w składzie komputerowym. Moje zainteresowania zawodowe to: szeroko rozumiana grafika komputerowa, fotomontaże, korekta fotografii. Tworzę też strony internetowe. Z wykształcenia jestem psychologiem klinicznym. Wybór takiego kierunku studiów z założenia nie wiązał się z moją pracą zawodową, lecz wynikał z zainteresowań.

Hobby: jak każde „dorosłe” dziecko lubię się bawić zabawkami :-), a mam ich sporo i ciągle przybywa nowych. Ostatni zakup to zabytkowy, przedwojenny opel do odrestaurowania. Znowu mam coś na oku. Ciekawe, co żona na to powie...

Mam też sprzęty warsztatowo-garażowe, które pomagają mi w konstruowaniu: maszyn, pojazdów z silnikiem i przyczep. Moją dumą jest także kilka sprzętów domowych własnego pomysłu i wykonania.

Dokarmiam bezpańskie „ogony” - czy to kot, czy to pies, czy łasica – bez znaczenia. Aktualnie mam jednego psa (drugiego od czasu do czasu) i kilka kotów.
Z natury jestem łatwowierny (z tym walczę), spokojny (do pewnych granic) i bardzo cierpliwy. Kiedyś byłem optymistą, teraz jestem raczej realistą z bardzo dużym dystansem do siebie i świata.

Artur Krawczun (akcje)

Pracuję w redakcji od 15 lat, zajmuję się składem komputerowym, akcjami reklamowymi i reklamą zewnętrzną „Tygodnika Siedleckiego”.

Praca jest dla mnie: przyjemnością i miejscem, w którym spoty kam ciekawych ludzi.

Moim hobby jest: zwiedzanie przepięknych okolic naszej niedocenianej Polski, fotografia, która pozwala mi uwiecznić to piękno. Moim konikiem jest także motoryzacja. Uwielbiam szusować po drogach i bezdrożach samochodem terenowym. Brałem udział w kilku rajdach przeprawowych. Sprawia mi to niesamowitą frajdę.

Moja ulubiona potrawa to: tort makowy. :)
Najważniejsze są dla mnie: rodzina i realizowanie marzeń.
Lubię: czytać, pływać i... baaardzo dobrze zjeść.
Mój największy atut to: wieczny optymizm.
Moja największa wada to: chroniczny brak czasu, natura introwertyka.

Piotr Księżopolski (internet)

W „Tygodniku Siedleckim” pracuję jako informatyk w składzie komputerowym od ponad 10 lat. Na tym stanowisku udało mi się połączyć swoje pasje (komputer, internet) z pracą zawodową, co pozwala mi śmiało stwierdzić, iż praca jest dla mnie przyjemnością. Ponadto w pracy rozwijam swoje zainteresowania: produkcję i postprodukcję wideo oraz fotografię.

W tworzeniu strony internetowej „TS” biorę udział od samego początku. Do innych moich zainteresowań, oprócz komputerów, zalicza się muzyka, a dokładniej: alternatywna muzyka elektroniczna. Kilka lat temu krótko grałem jako dj w klubach i radiach internetowych.

Kolejnym moim hobby są filmy, a szczególnie kino awangardowe - odwiedziłem kilka festiwali i doliczyłem się ok. 1000 obejrzanych filmów.

Jak prawie każdy mężczyzna, interesuję się również motoryzacją, a szczególnie rajdami samochodowymi, co pomogło mi zdobyć I miejsce w pucharze redakcji lokalnych na torze kartingowym.

W „Tygodniku” poznałem swoją partnerkę życiową, która odbywała u nas praktyki w 2006 roku. Dzisiaj jesteśmy już szczęśliwym małżeństwem. Zapraszam na moją stronę internetową www.j.mp/pyt33.

Marcin Tomaszewski (internet)

Absolwent Wydziału Nauk Ścisłych dawnej Akademii Podlaskiej. Jeden z najmłodszych redakcyjnych kolegów - pracownik składu komputerowego. Z zawodu podobno informatyk, ale… do końca nie jest tego pewien. :-) Projektant, twórca, moderator i programista obecnej strony www „Tygodnika”.

– O sobie mogę powiedzieć tyle, że jestem typem marzyciela... No cóż... Nic nie poradzę, że lubię sobie pobujać w obłokach, jednak nie można z tym przesadzać, dlatego też często schodzę na ziemię - mówi. Na co dzień, pod wpływem swojej upartej natury, przyjmuję dość nietypową taktykę optymistycznego pesymisty, to znaczy zawsze z góry przyjmuję najgorszy wariant, z uśmiechem oczekując pozytywnego rozwoju wydarzeń. Może dlatego, że zawsze miałem poczucie humoru i dystans do samego siebie. Oczywiście znam się na żartach, ale, jak każdy, nie znoszę, gdy ktoś z tym przegina.
Gdyby znajomi mogliby mi przypisać cechę jednego ze smurfów, z całą pewnością byłby to słynny Maruda... Nie cierpię chamstwa... Nie cierpię hipokryzji... Nie cierpię pisać biogramów, a przede wszystkim... Ludzie, jak ja nie cierpię cebuli i szczypioru!

Edyta Zdunek (internet, akcje)

Pracuję w redakcji od 6 lat, zajmuję się konkursami, akcjami prasowymi i stroną internetową „TS”.

Praca jest dla mnie... codziennym sprawdzianem moich możliwości i miejscem, gdzie znalazłam nowych przyjaciół.
Marzę... o egzotycznych podróżach i czworonogu w domu.
Żałuję, że... nie zrobiłam kursu dla przewodników wycieczek (a było już naprawdę blisko).
Moja ulubiona potrawa to... ogórkowa mamy i blacharz.
Najważniejsze są dla mnie... rodzina, przyjaciele i realizowanie marzeń.
Lubię... czytać, tańczyć, i jeść (niestety).
Nienawidzę... zazdrości, fałszu i megalomanii.
Mój największy atut to... uśmiech.
Moja największa wada to... łatwe uleganie emocjom.

Korekta

Anna Wróbel (kierownik działu)

Z „Tygodnikiem Siedleckim” jestem związana od wielu lat. Kiedy zaczynałam pracę w redakcji, wówczas jako dziennikarka, gazeta miała tylko dwanaście stron objętości, teksty pisaliśmy ręcznie, potem były przepisywane na maszynach do pisania, a następnie cała gazeta, złożona w teczce, jechała PKS-em do drukarni w Warszawie. Mój syn mówi, że chyba żyłam w średniowieczu…

Teraz zajmuję się korektą. Kiedy poprawiam teksty kolegów i napotykam jakiś zabawny błąd czy lapsus językowy, przypomina mi się czasem, jak kiedyś pani Zosia Juśkiewicz, będąca zastępcą naczelnego, wkraczała do pokoju dziennikarzy z groźną miną i krzyczała:

„Jak można napisać, że po zasiłek pogrzebowy trzeba zgłosić się do dwóch tygodni po śmierci?!”.

Teraz zdarza się, że ja wchodzę do pokoju dziennikarzy, wymachując kolumną…

Ale chochlik drukarski czuwa zawsze, nikt go nie przechytrzy. Ze zdumieniem patrzymy czasem w środę (dzień ukazywania się „TS”), że na szpalcie „doręczyciel pocztowy” zamienił się w „dręczyciela pocztowego”. A przecież w poniedziałek (dzień składania gazety) było dobrze!!!

Moja praca z tekstem nie kończy się w redakcji „TS”. Jestem też redaktorem w Wydawnictwie Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach. Tam zajmuję się opracowywaniem tekstów naukowych.

Aneta Abramowicz (internet)

Od 11 lat korektorka tekstów, redaktorka strony internetowej „TS”, fotografka, blogerka (ale nie blagierka ;-), w internecie znana jako Ana.

Filmy... bardzo chętnie oglądam i kolekcjonuję. Mój internetowy pseudonim „pożyczyłam” od aktorki i pisarki Any Diosdado.
Historia... ulubiony przedmiot w szkole, ale... Studiowałam polonistykę, będąc jednocześnie wolnym słuchaczem na wydziale historii sztuki. :)
Ogromną radość i satysfakcję sprawiają mi podróże w czasie, zwieńczone interesującymi odkryciami.
Indie... kraj moich marzeń. Rok temu zaczęłam uczyć się hindi.
Jestem... niszowa – i bardzo tę moją „niszowatość” lubię.
Książki... kupuję na kilogramy.
Lubię... ludzi. Prawie wszystkich.
Mam słabość do... herbat, ręcznie robionej biżuterii, kubków, rajstop, ciepłych skarpetek i moich czarnych kotek – Miśki i Maszy.
Moda... zazwyczaj jestem sezon czy dwa lub wręcz sto lat za...
Nie lubię... podłości, niesprawiedliwości i chamstwa.
Raczej nie jestem ryzykantką, chociaż... Zakończone sukcesem ryzyko wciąga.
Żegluję... po jeziorach i morzach, mimo że „boję się” wody. :-)

Anna Suprun

Po studiach na UW pracę w Siedlcach zaczęłam w oddziale „Trybuny Mazowieckiej”.

Skromniutki tygodnik był wówczas dodatkiem do niedzielnego wydania tego dziennika. Z dzisiejszym, naprawdę dużym „Tygodnikiem Siedleckim”, jestem od pierwszego numeru. Przez kilkanaście lat byłam dziennikarką i wiem, ile ten zawód może powodować stresów, ale też, ile daje satysfakcji.

Obecnie w „TS” zajmuję się korektą. Znam więc powstawanie gazety z dwóch stron - z perspektywy dziennikarza i osoby, pracującej nad tekstem.
Krótko mówiąc, poprawiam usterki, których na wcześniejszych etapach nie udało się wyeliminować. Pracuję w pełnej koncentracji i skupieniu, a w dniu ekspedycji – również pod presją czasu.

Co cenię? Dobrą polszczyznę tekstów dziennikarskich.

Czego się obawiam? Tekstów arcyciekawych, bo, zamiast nad nimi pracować, po kilku chwilach staję się zwykłym czytelnikiem, więc mogę zostawić błędy. I tekstów perfekcyjnie przygotowanych. Bo czy to możliwe, że wszystko jest OK? Jedne i drugie czytam zawsze dwa razy…

Poza pracą w „TS”, jestem redaktorką i kierowniczką Wydawnictwa Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach.


Współpracownicy

Krzysztof Mazur

Chociaż w roku 1984 ukończyłem Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, to dziennikarzem się nie widziałem.
Pasjonowała mnie druga część nazwy mego wydziału - osobliwie religioznawstwo.

Wszakże los sprawił, że z ciepłym jeszcze dyplomem trafiłem do więzienia (nie w takim charakterze, jak Państwo mogliby sobie pomyśleć), ale to zupełnie inna historia. Ponieważ - jak mi się wówczas zdawało - moja głowa pełna była wiedzy wszelkiej z zakresu mego hobby, postanowiłem podzielić się nią z ziomalami.

Międląc w ręku czapkę, jak zbój przed sądem penitencjarnym, stanąłem przed Szanownym Naczelnym (sto lat, sto lat...), który w imieniu Tygodniczka przyjął moje „oświadczyny”. Pierworodnym z tego mariażu był cykl zatytułowany: „Ci, którzy wierzą inaczej...” I tak się zaczęło...

A czegóż ja nie robiłem w Tygodniczku?! Prawie wszystko – z wyjątkiem pisania o sporcie, który mnie zupełnie nie interesuje. Przypadkowo zrobiłem wywiad z ówczesnym zwierzchnikiem Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i to był początek mojej kolejnej specjalizacji - zostałem wywiadowcą.

Na okoliczność jubileuszu wyliczyłem, że w Tygodniczku opublikowałem 705 rozmów.

A że żadnej pracy się nie boję, w chwilach wolnych zrobiłem doktorat z religioznawstwa, napisałem dwie książki z tegoż zakresu (i to nie koniec...),
a do tego zresocjalizowałem się doszczętnie. Aha, w Tygodniczku jeszcze pisałem...

Nie, dość! - jeszcze słowo i złamię prawo prasowe. Czyli to by było na tyle...

Mirosław Andrzejewski

Mirosław Zdrodowski

- grafik, malarz, redaktor naczelny i wydawca Magazynu Społeczno-Kulturalnego „Bocznica”.
Opracował graficznie ponad 100 książek i albumów.

Laureat licznych nagród za plakat i rysunek w kraju i za granicą (Berlin, Skopje, Beringen, Kraków, Rzeszów, Warszawa, Katowice), Nagrody tygodnika „Szpilki” – „Złota Szpilka” (1983). Nagrody Prezydenta Miasta Siedlce „Aleksandria” (2000), Nagrody Siedleckiego Towarzystwa Naukowego za wybitną twórczość artystyczną w dziedzinie grafiki wydawniczej i promocję kultury „Złoty Jacek” (2002), laureat pierwszej edycji Nagrody „WAWRZYN SIEDLECKI” (2008).

Wydał album: „Zdrodowski - stare i nowe prace domowe”, książkę „pTAKi MALUJĘ”, opublikował tomik wierszy„Trzy krzesła”. Jest również autorem
serii książeczek dla dzieci „Książeczki z niteczki”.

Pasjonują go fotografia i film animowany. Od wielu lat współpracuje z „Tygodnikiem Siedleckim”.


Odeszli od nas…

Ela Czorniej

Pracowała w Biurze Ogłoszeń. Była zawsze uśmiechnięta, z wysoko upiętym kucykiem. Chętna, by każdemu pomóc, jak tylko mogła. Nienawidziła chodzenia po lekarzach. Zmarła po ciężkiej chorobie. Myślimy, że wiedziała, jak bardzo jest chora. Ale nigdy o tym nie mówiła.

Staszek Celiński 

Pioruńsko zdolny dziennikarz. Jego teksty się czytało, na jego reportaże się czekało.

Urodzony poeta i aktor. Do końca życia recytował Tuwima i Gałczyńskiego. Po zakończeniu pracy reporterskiej był sekretarzem redakcji. Miał niesamowite poczucie humoru i złote serce. Nie można go było nie kochać. Zmarł tragicznie - został śmiertelnie potrącony przez samochód.

Krysia Pułym 

W Biurze Ogłoszeń trzymała wszystko pod kontrolą. Dziewczyna z temperamentem i charyzmą. Nieodłącznie z papierosem, którym się zaciągała z lubością. Kochała życie i miała dużo planów. Szalenie lubiana. Była typem kobiety, która wie, że w życiu można i trzeba liczyć tylko na siebie. Zawsze to podkreślała. Kilkanaście dni przed śmiercią zrobiła kompleksowe badania, bo źle się czuła. Niestety, przeoczono tętniaka mózgu. Zmarła nagle, gdy tętniak pękł.

Paweł Konopczyński

Aktor, dziennikarz, wyborny felietonista. Pogodny, niezwykle ciekawy świata i ludzi. Miał stałą rubrykę „Z fotela kinomana”, z której dowiadywaliśmy się, co warto zobaczyć, na co koniecznie trzeba pójść do kina. Rozmowa z nim była wielką przygodą. Fascynował słowem, metaforami i humorem. W Radiu
Zet miał cykliczne felietony „U Konopa na kanapie”. Och, jak czekało się na te audycje!

Zmarł zupełnie niespodziewanie. Zadzwonił do redakcji jak zwykle, ale miał smutny głos. Przyznał się do kłopotów ze zdrowiem. Dwa miesiące później pożegnaliśmy go na zawsze.

Józef Sadowski

Józek twierdził, że w swoim, dość długim, życiu przeżywał, jak powiedziałby to poeta, chwile „durne, chmurne i górne”. Do zdarzeń „górnych” zaliczył wyjazd do Kazachstanu. Do tego azjatyckiego kraju pojechał z własnej woli. Ucząc języka polskiego dzieci, młodzież i dorosłych, przywracał im język ojczysty. Niejako spełniał dziejową powinność, polonizując zrusyfikowanych Polaków.

– Jadąc do Kazachstanu, nie liczyłem na wysokie zarobki. Rzeczywistość przeszła jednak moje oczekiwania. Za miesięczne pobory mogłem kupić trzy kilogramy „ichniej”, bardzo tłustej kiełbasy, pieczywo i kilka słoików dżemu różanego (innego nie było). Uczniom brakowało wszystkiego – relacjonował nasz kolega po powrocie ze Wschodu.

Jam mówił, szczególnie uciążliwy był niedostatek książek. – Wtedy pomyślałem o „Tygodniku Siedleckim”. Do redaktora naczelnego, Krzysztofa Harasimiuka, napisałem obszerny list, w którym przedstawiłem sytuację Polaków w Kazachstanie. Miłym zaskoczeniem dla mnie było, kiedy po pewnym czasie na mój kazachstański adres zaczęły przychodzić paczki z podręcznikami i różnymi rzeczami dla uczniów. Nadawcy informowali, że w ten sposób odpowiadają na apel o wsparcie dla kazachstańskich Polaków, który był zamieszczony w „Tygodniku Siedleckim”.

Józek odszedł od nas na zawsze w marcu 2013 r.

Henryka Pawlak

Dziennikarka z wykształcenia, kiedyś interesująca się polityką w ujęciu historycznym, a szczególnie stosunkami polsko-niemieckimi i Niemcami w okresie 1933-45. Później w całości oddawała się rodzinie i pracy zawodowej. Miała 2 dzieci.

Henia z „Tygodnikiem Siedleckim” była związana przez 20 lat. Pracowała w Biurze Reklamy i Promocji. – Moja praca umożliwia mi samorealizację – twierdziła. – Kocham pracę z ludźmi, kontakty z nimi dają mi wiele przyjemności i nawet najtrudniejsze rozmowy nie zniechęcają mnie, lecz, wręcz przeciwnie, budują. Lubię pomagać innym.

Kto lepiej znał Henię, ten wiedział, że zanim związała się z redakcją, pracowała jako etatowa instruktorka w siedleckiej Chorągwi ZHP. Posiadała stopień harcmistrzyni. Sama o sobie mówiła, że ma różnorakie zainteresowania. – Ostatnio kino, teatr i książka wypełniają mi wolny czas. Poza tym kocham wypoczynek na łonie natury. Uwielbiam wycieczki rowerowe – opowiadała koleżankom i kolegom z redakcji.

Była uśmiechniętą optymistką, nawet wówczas, gdy walczyła z trudnościami, troskami i własną słabością. Henia walczyła też długo z poważną chorobą. Tę walkę, ku wielkiemu, ogólnemu smutkowi w redakcji nasza Henia przegrała w styczniu 2014 r.

 


Autorką portretów: Krzysztofa Strzeleckiego, Mileny Celińskiej, Justyny Janusz, Bożeny Luczewskiej Matejek, Bożeny Nowotniak, Justyny Pycki, Marioli Zaczyńskiej, Artura Burego, Agnieszki Chmielewskiej, Joanny Jońskiej, Haliny Trochimiuk, Joanny Klocek, Marka Stasiuka, Jacka Komorowskiego, Artura Krawczuna, Marcina Tomaszewskiego i Edyty Zdunek jest Agnieszka Król.     

Zdjęcie Krzysztofowi Harasimiukowi zrobił Mirosław Zdrodowski, a Krzysztofowi Mazurowi Janusz Mazurek. 
Pozostałe fotografie pochodzą z archiwów domowych pracowników redakcji.
Zdjęcia podczas jubileuszowej gali „Tygodnika” robili: Agnieszka Król i Adam Krasuski.

Zostało Ci do przeczytania 1% artykułu

Aby przeczytać całość wyślij SMS-a na nr 70906 o treści "tekst". (Koszt sms-a 61gr z VAT)

Otrzymany kod zwrotny wpisz w polu poniżej.

reklama
reklama
reklama
Klauzula informacyjna
Szanowny Użytkowniku

Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” zaktualizowała swoją Politykę Prywatności. Portal tygodniksiedlecki.com używa cookies (ciasteczek), aby zapewnić jak najlepszą obsługę naszej strony internetowej. Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” i jej Zaufani Partnerzy używają plików cookies, aby wyświetlać swoim użytkownikom najbardziej dopasowane do nich oferty i reklamy. Korzystanie z naszego serwisu oznacza to, że nie masz nic przeciwko otrzymywaniu wszystkich plików cookies z naszej strony internetowej, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Można zmienić ustawienia w przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.