reklama

Opowiem swoją historię

Mazowsze

Piotr Giczela 2010-12-23 15:09:24 liczba odsłon: 12986
Marianna Adameczek Fot. PGL

Marianna Adameczek Fot. PGL

Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne ze świąt w polskim kalendarzu. Żydzi go nie obchodzą. Według nich Mesjasz jeszcze na Ziemię nie przyszedł i wciąż oczekuje się jego nadejścia. Tak czy siak, Polacy żydowskiej narodowości w okresie Bożego Narodzenia, krótko po swym święcie Chanuka, tak samo jak chrześcijanie, tak samo jak wszyscy ludzie, pragną spotykać się w rodzinnym gronie z bliskimi.

reklama
Marianna Adameczek, poza własnymi dziećmi, wnukami i prawnukami, nie ma się z kim spotykać. Swoich bliskich: rodziców, braci, siostry, całą rodzinę, jeszcze jako dziecko, musiała pożegnać na zawsze.

OKRUCHY DOBRYCH WSPOMNIEŃ

Blima Kurcand z Charlejowa miała 9 lat, gdy wybuchła wojna. Skończyła II klasę, miała iść do III. Ale nauka nagle się skończyła. Skończyło się beztroskie życie małej dziewczynki. Prysło jak mydlana bańka.

Na początku jeszcze nie było tak źle. Ojciec, Herszek, szewc, miał robotę przy butach, które ludzie przynosili nawet wówczas, gdy usługi wykonywał po kryjomu. Matka, Fajga, najmowała się do prac u ludzi. Z pomocą sąsiadów 9-osobowej rodzinie, udawało się przeżywać kolejne tygodnie. I tak trwała w zgodzie, wzajemnie sobie pomagając i bardzo mocno się kochając cała rodzina: rodzice - Fajga i Herszek oraz rodzeństwo (od najstarszych do najmłodszych) - Hana, Liba, Gitla, Lejbuś, Blima, Marianka i Haim.

– Nie pamiętam prawie wcale, jak mama z siostrami przygotowywały tradycyjne nasze potrawy. Nie umiałam ich przyrządzać i nie umiem – ze smutkiem mówi Blima. – Tradycje żydowskie też pamiętam słabo. Nasza rodzina nie była bogata. Nie było nas stać na wyjazdy do synagogi. Rodzice modlili się w domu, jak umieli. Obchodziliśmy w piątki szabes. Pamiętam palące się świece. Zawsze po południu, choćby nie wiem co się działo, w domu było już posprzątane, odświętnie pachniało i wszyscy schodzili się na kolację. Następnego dnia do rozpalania ognia w piecu przychodziła sąsiadka, bo nam nie wolno było pracować. Niektórzy Żydzi to zupełnie nic nie robili. Ale to jakieś zabobony chyba...

PIERWSZA TRAGEDIA W SEROKOMLI

Wojna trwała. Było coraz trudniej o pieniądze i o jedzenie. W Charlejowie było też niebezpiecznie. Kurcandowie żyli w strachu. W dzień drżeli przed hitlerowcami, nocą bali się Polaków. Po okolicach grasowały bandy złodziei, którzy wojenny czas wykorzystywali na swój sposób. Okradali domostwa, wykorzystywali dziewczęta i młode kobiety, bili mężczyzn. Szczególnie pastwiono się nad rodzinami żydowskimi.

– Podawali się za partyzantów, żołnierzy. Ale to złodzieje byli, bandyci. Mama z trzema dorosłymi siostrami przeniosła się do znajomych do Serokomli. W Charlejowie chciano siostry zgwałcić. Z mamą i siostrami do Serokomli przeniósł się też starszy brat. Zabrali i mnie. Na miejscu zostali: tato, młodszy brat i młodsza siostra. W Serokomli mieszkaliśmy w domu koło remizy. Staraliśmy się być przydatnymi. Każdy, jak mógł, gdzieś pracował. Ja pasałam krowy. Wtedy, gdy Niemcy wzięli zakładników, byłam na łąkach w sąsiedniej Hordzieży. Nie wiedziałam, że zabili mi mamę, siostry i brata... – wspomina Blima.

Był to znany w historii Serokomli akt hitlerowskiego terroru. W odwecie za zastrzelenie przez kogoś 2 Niemców, urządzono masakrę. Z domów wywleczono 200 Żydów. Popędzono ich na górkę za szkołą. Tam był już przygotowany rów, a zakładników rozstrzelano. Miejscowych gospodarzy przymuszono do ogarnięcia miejsca zbrodni. Zwłoki posypano wapnem i zakopano. Dziś na tym miejscu nie ma nawet pamiątkowej tabliczki. Wójt jest „za”, ale 2 radnych Rady Gminy sprzeciwia się pomysłowi ustawienia tam pomnika. Miejscowy lekarz na jednej z działek w tamtym rejonie wybudował dom.

DRUGA TRAGEDIA W SEROKOMLSKIM LESIE

Blima wróciła do Charlejowa. Po tragedii była już kimś innym. Nie miała mamy, nie miała sióstr, zwłoki jej braciszka też zakopano w rowie za szkołą.

Herszek Kurcand rozpaczał. Ale też myślał racjonalnie. W sytuacji, w jakiej się znalazł, ze wszystkich sił chciał ocalić życie trojga dzieci, które mu zostały. Blima nie wie, jak doszło do tego, że zamiast w domu rodzinnym, zamieszkała u jednego z gospodarzy w schronie, wybudowanym pod jego oborą.

– Tam było bardzo mało miejsca, a z obory podpływała do tej skrytki gnojówka. I ciągle ciemno. Dzień i noc ciemno. Przesiedzieliśmy tam 2 lata. Gospodarze nie zawsze mogli podać nam jedzenie. Za potrzebą wślizgiwało się do obory, a żeby wyjść na zewnątrz, trzeba było przecisnąć się przez szczelinę w drewnianej podmurówce. Drobna byłam, to dawałam radę. Ale najgorsza była ta gnojówka – wzdryga się kobieta na samo wspomnienie. – Któregoś razu ojciec, który ukrywał się z innymi Żydami w Serokomlskim Lesie, powiedział, że mnie na kilka dni weźmie, żebym pooddychała leśnym powietrzem i na słońcu trochę pobyła. W lesie przebywałam już 2 tygodnie, gdy rozeszła się wieść, że robią na nas obławę. Zaczęli strzelać, zabijać. Zanim rzuciłam się do ucieczki, zobaczyłam tylko zabitą siostrę i leżącego na ziemi rannego tatę, który prosił, żeby go dobić. To był ostatni obraz moich bliskich. Uciekłam z kuzynem - żołnierzem z 39 r. On miał karabin. Ale nas też kule dosięgły. Ja nie czułam tego, jak mi pocisk rozorał przedramię. Kuzyn był mocniej ranny. Oddarliśmy kawał mej koszuli i zrobiliśmy z tego opatrunki. Później ja niosłam kuzynowi amunicję, bo nie miał siły z upływu krwi. Udało się nam przeżyć. Wróciłam do Charlejowa z Dorką, koleżanką i taką samą sierotą jak ja. Z pięciu rodzin żydowskich przeżyły tylko dwie osoby. Powiedziałyśmy sobie, że się już nigdy nie rozstaniemy. Lecz Dorka gdzieś mi się zgubiła. Nigdy jej już nie odnalazłam. Nawet w Izraelu, gdzie pojechałam na starość – cicho kończy swe wspomnienia Blima.

RATUNEK W MAŁŻEŃSTWIE

Ukrywała się aż do wyzwolenia latem 44 r. Odnalazła swego ostatniego brata, któremu też udało się przeżyć obławę w Serokomlskim Lesie. Niestety, tuż przed odzyskaniem wolności, Blimę doświadczył kolejny cios. Haimek zginął z rąk Polaków.

Do jesieni Blima pracowała u jednego z bogatszych gospodarzy. Kupili jej za to używane buty. Jesienią nikt już nie przyjmował do pracy. Poszła więc do rodzinnego domu, obejrzała dokumentnie zszabrowane, opustoszałe wnętrza i rozpłakała się z wielkiego żalu. – Mama nie mogła przyjść i mnie utulić, chociaż ja dzieckiem przecież byłam. Miałam tylko 14 lat. Myślałem, dlaczego ta kula trafiła mnie w rękę, a nie w serce albo w głowę. Jak żal się wylał i łzy obeschły, pomyślałam o koleżankach ze szkoły sprzed wojny. Zaczęłam chodzić i prosić o pomoc. Matka którejś z dziewcząt poradziła, bym poszła do pani Adameczkowej, bo kobieta starsza już, została tylko z synem, który ukrywa się przed służbą w Junakach (tzw. Służba Polsce w początkach PRL-u - przyp. aut.). Ta kobieta zgodziła się mnie przyjąć. Dała mi jeść, ubrała, bo ja cały czas w tej oddartej z dołu koszuli chodziłam... – ciepło mówi Blima o swej wybawicielce.

Tylko czy dziś dawna Blima jest nią jeszcze? W 46 r. doszło do ślubu tej tak ciężko doświadczonej dziewczyny (miała wówczas 16 lat) z synem pani Adameczkowej, Władysławem.

BLIMY PRZEMIANA W MARIANNĘ I CO Z TEGO WYNIKŁO

– Kazali mi się ochrzcić. Zgodziłam się. Świat Blimy się przecież skończył. Wszystko dawne się już skończyło. Zostałam Marianną Adameczek i jestem nią do dziś. Mam 6 dzieci, 14 wnucząt i 15 prawnucząt. Całe me życie to jednak wielki smutek, żadnej radości, tylko żal i strach – mówi. W styczniu skończy 81 lat. Chce zdążyć o wszystkim opowiedzieć. – Dość milczałam w samotności. Teraz chcę rozmawiać z ludźmi – kończy Marianna, która kiedyś była Blimą.

O Mariannie Adameczek jakiś czas temu Kanadyjczycy nakręcili film. Ma tytuł „Hidden Children”, reżyserował go John Walker, a pokazała TV w Ontario.
Na Podlasiu historia mieszkanki Charlejowa jest nieznana.

W nadchodzące Święta Marianna siądzie do Wigilii. Zobaczy część wnuków i prawnuków. Troje wnuków zamierza przejść na judaizm. Dwóch wnuczków wkrótce wyjedzie do Izraela w ramach programu poznawania kraju przodków.

Na szafce w pokoju Marianny stoją obok siebie krzyż z Jezusem Chrystusem oraz chanukija - świecznik, w którym Żydzi tradycyjnie zapalają 9 świec w święto Chanuki. A między nimi rośnie kwiatek w doniczce.
Komentarze (26)

Komentarz został dodany

Twój komentarz będzie widoczny dopiero po zatwierdzeniu przez administratora

Dodanie komentarza wiąże się z akceptacją regulaminu

  • najstarsze

  • najnowsze

  • popularne

reklama
reklama
Klauzula informacyjna
Szanowny Użytkowniku

Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” zaktualizowała swoją Politykę Prywatności. Portal tygodniksiedlecki.com używa cookies (ciasteczek), aby zapewnić jak najlepszą obsługę naszej strony internetowej. Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” i jej Zaufani Partnerzy używają plików cookies, aby wyświetlać swoim użytkownikom najbardziej dopasowane do nich oferty i reklamy. Korzystanie z naszego serwisu oznacza to, że nie masz nic przeciwko otrzymywaniu wszystkich plików cookies z naszej strony internetowej, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Można zmienić ustawienia w przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.