reklama

Bóg jest jeden i Bóg jeden wie, jak ta wiara wygląda

Sokołów Podlaski

Aneta Abramowicz-Oleszczuk 2018-07-13 10:42:31 liczba odsłon: 2963

Joanna Sobolewska-Pyz, "Inka", fot. Aneta Abramowicz-Oleszczuk

To jest tak, że człowiek się dowiaduje i zaczyna szukać. Zaczyna myśleć. Właściwie kulturowo to to wszystko jest mi obce. Ale ponieważ moja rodzina i moi rodzice byli ludźmi, którzy zginęli tylko dlatego, że byli Żydami, to jak ktoś mnie pyta, czy jestem Żydówką, odpowiadam, że tak...

reklama

...Odpowiadam, że tak, bo nie godzi się powiedzieć, że nie. To jest sprawa hołdu dla tych, którzy zginęli - powiedziała na spotkaniu w Muzeum Treblinka Joanna Sobolewska-Pyz, nazywana "Inką".

Pani Joanna urodziła się 31 lipca 1939 r. w Warszawie. Pierwsze lata życia spędziła z rodzicami w getcie. Najprawdopodobniej w kwietniu 1943 r. oboje poszli na Umschlagplatz. Najpierw jednak granatowy policjant wyniósł ją z getta na aryjską stronę.

Jest jedną z 15 żydowskich dzieci, uratowanych przez Polaków, których losy zostały opisane w książce "Moi żydowscy rodzice, moi polscy rodzice". Wydawnictwo to, podobnie jak strona internetowa, jest dopełnieniem wystawy, którą do końca lipca można oglądać w Muzeum Treblinka.

Ekspozycja ta została podarowana Muzeum na stałe. Co jakiś czas będzie prezentowana w salach muzealnych.

 Joanna Sobolewska-Pyz do ubiegłego tygodnia była przewodniczącą Stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu" w Polsce. 11 lipca wspólnie z Holgerem Polittem, dyrektorem polskiego przedstawicielstwa Fundacji im. Róży Luksemburg, gościła w Muzeum w Treblince. To dzięki wsparciu finansowemu tej fundacji udało się zrealizować projekt "Moi żydowscy rodzice, moi polscy rodzice".

- Czemu znów przyjechałam do Treblinki? Bardzo lubię to miejsce. Bo Treblinka jest o czymś. Gdy przyjechałam tu pierwszy raz, z wycieczką z Izraela, dziewczyny płakały jak bobry. 

Prawdę powiedziawszy, to całe to moje żydostwo jest trochę wydumane. Ale w ogóle nie wiem, czy sprawa tożsamości nie jest trochę wydumana. Każdy człowiek sobie wydumuje, jak chce. I wymyśla, jak chce. Trochę jest tak, że jak się w czymś wyhodował, to ma poczucie, że to jest jego. Mała ojczyzna i mały świat - przyznała pani Joanna.

- U osób starszych ode mnie i pamiętających wszystko, bo ja nie pamiętam nic, trauma jest obłędna. Ciężko jest im nawiązywać relacje. Jest pełno rozwalonych małżeństw. Jest syndrom nadtroskliwości, lęku. W którymś małżeństwie szósta wieczorem, siódma wieczorem, męża nie było, a ta dziewczyna już szalała. Taka trauma nie sprzyja dobremu współżyciu. Te lęki o dzieci. Żeby one były o 9 w domu. Jak się straciło całą rodzinę, to tak jest. Strasznie dużo jest u nas w Stowarzyszeniu osób rozwiedzionych, samotnych, w tym rozwiedzionych, kobiet. Poza tym wdów jest pełno. Bo mężczyźni teraz żyją krócej. A i ilościowo jest ich u nas dużo mniej - dodała.

Dlaczego?

- Każdy głupi wie, że chłopca było dużo trudniej uratować, bo był obrzezany. To jest alfabet. Moja koleżanka mówi, analfabet. Może mężczyźni mają większą pewność siebie i więcej ich wyemigrowało w 1968 r.? Może kobiety są odważniejsze, przepraszam panów? Jest jeden taki, co do tej pory chodzi za mną i mówi: "Taka piękna wystawa. Dlaczego ja się nie zgodziłem wziąć w niej udział?" Bo się, durniu, bałeś, że ktoś zobaczy! "Tak, bałem się. Że różni ludzie tę wystawę będą zwiedzali i zobaczą, że jestem Żydem". Dlatego na wystawie jest nasz jeden jedyny Zbyszek. Z Białegostoku zresztą, czyli stosunkowo niedaleko stąd. Jak on cudownie zaciąga. Bardzo lubię z nim rozmawiać.

- Na tej wystawie chcemy pracować z polską młodzieżą. To, co mi się osobiście w niej podoba, to to, że tutaj nie ma nacisku na nacje: to Polacy, to Żydzi. Są relacje międzyludzkie. Są relacje między matką a ojcem - mówi dyrektor Muzeum Treblinka, Edward Kopówka.
- Tu nie ma lukru - wtrąca pani Joanna.
- Jedna z pań, Dorotka (Dorota Szałajka - przyp. Ana) opisuje, jak jej mama zachorowała na Alzheimera, wyzywała ją, biła, uciekała. A ona to przez ileś lat znosiła w upokorzeniu. Postanowiła nie oddawać jej do żadnego Domu Pomocy Społecznej. Była dumna z tego, że ją jak gdyby dochowała. To są relacje bardzo trudne. W tej chwili dzieci oddają przecież swoich rodziców biologicznych.

- Ta wystawa dwukrotnie była pokazywana w Niemczech. Jest tam zupełnie inaczej odbierana niż w Polsce. Nie dlatego, że tam ludzie nie wiedzą, co to takiego Holocaust. Wiedzą. Ale bardzo mało ludzi w Niemczech wiedziało, że przed wojną mówiło się w Wilnie po polsku lub po żydowsku. Treblinka jest dla mnie bardzo trudnym miejscem na świecie. Mimo że urodziłem się po wojnie. To spotkanie jest dla mnie bardzo ważnym momentem, w życiu - przyznał Holger Politt.

- Ta wystawa nie ma nic, ale to nic wspólnego, zapamiętajcie to państwo, z ilością Polaków ratujących Żydów. To jest wystawa jakościowa. O ludziach, którzy zaopiekowali się porzuconym dzieckiem. Akurat moja mama, która mnie uratowała, była Rosjanką, co nie ma najmniejszego znaczenia w całej tej sprawie. Podobno moi rodzice wcale nie wiedzieli, że jestem żydowskim dzieckiem. Nie wiem, czy nie wiedzieli. Ale część rodziny tak twierdzi. Część polskiej rodziny, oczywiście. To nie chodziło o żadne żydowskie dziecko. To chodziło o małego porzuconego człowieka. Mówienie, że cała Polska ratowała Żydów to jest obraza dla tych ludzi, którzy mogli zginąć za ratowanie dziecka. Patrzcie na tę wystawę, jak na opowieść o wyjątkowych, cudownych, bohaterskich ludziach, którzy ratowali żydowskie dziecko - powiedziała "Inka".

- Nie ma w naszym stowarzyszeniu osób wierzących, jeśli chodzi o judaizm, natomiast są katoliczki. Niektóre gorliwe. Chodzą do kościoła i wszystkiego przestrzegają, jak trzeba. My nie pamiętamy tamtego judaizmu. Tylko jedna z koleżanek zna błogosławieństwa. Reszta czasem chodzi do synagogi, dla tradycji. Jest takie święto, po naszemu, no właśnie, po naszemu, za zmarłych. Idę wtedy do synagogi, ale to nie jest coś, co mnie frapuje. Jest kilka katoliczek, zakutych katoliczek, które się uratowały w klasztorach. Latają do kościoła jak szalone. Jedna z nich pojechała teraz do Izraela z pielgrzymką katolicką. Ale ona mówi, że Bóg jest jeden i Bóg jeden wie, jak ta wiara wygląda. (Ana)

*   *   *

Stowarzyszenie "Dzieci Holocaustu" powstało w 1991 r. Skupia osoby ocalone z Zagłady, które ze względu na żydowskie pochodzenie przebywały w gettach, obozach koncentracyjnych, obozach zagłady lub były zmuszone do ukrywania się i swojej tożsamości. Mogą do niego należeć osoby, które urodziły się w czasie wojny lub które w dniu rozpoczęcia II wojny światowej miały nie więcej niż 13 lat. W momencie założenia liczyło 40 członków, później ich liczba wzrosła do 800. Dziś, mimo iż wciąż zgłaszają się nowe osoby, które właśnie dowiedziały się o swoim żydowskim pochodzeniu, należy do niego ponad 600 osób. 

Do Stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu" należała też pani Blima, o której pisałam w tekstach "Skarpetki od pani Babci Blimy" i "Życie uczyło płakać i skakać". (Ana)

 

 

Tweetnij

drukuj
Komentarze (20)

Komentarz został dodany

Twój komentarz będzie widoczny dopiero po zatwierdzeniu przez administratora

Dodanie komentarza wiąże się z akceptacją regulaminu

  • najstarsze

  • najnowsze

  • popularne

Czytaj także

Advertisement