Z noktowizorem, szperaczem, chartem...

- Wjeżdżają do lasu eleganckimi samochodami terenowymi – mówi mieszkaniec wsi Kolonia Cisie w gminie Skórzec. – A potem słychać strzały. Nie wiem, czy to myśliwi, czy kłusownicy, ale widzę, że często zjawiają się te same osoby. Niczym się nie przejmują, jakby las należał do nich. Sam byłem świadkiem, jak zastrzelili kotną sarenkę. I wcale się z tym nie kryli. Jak już muszą polować, to niech do dzików strzelają, bo pełno ich i uprawy tylko niszczą.
100
Mówi się, że chłop żywemu nie przepuści, ale wszystko się zmienia. Kłusownicy też. Dzisiaj typowy kłusownik to już nie tubylec z „obrzynkiem”, który chowa w słomianym dachu swojej chałupy. Nie poluje dlatego, że przymiera głodem. Amatorzy nielegalnych łowów stali się groźnymi przestępcami, którzy działają jak profesjonaliści. A polowanie, to już nie sprawa nakarmienia rodziny, ale prawdziwy biznes, który daje całkiem pokaźne dochody. To zaś oznacza pustoszenie naszych lasów i bardzo duże straty dla środowiska. Strzela się bowiem nie tylko do zwierzyny łownej, ale także do gatunków chronionych, objętych całkowitym zakazem polowań.
W naszym regionie kłusownictwo stało się prawdziwą plagą. Statystyki opracowywane przez myśliwych są zatrważające. Wystarczy przytoczyć tylko kilka liczb. W ubiegłym roku na terenie Okręgu Siedleckiego Polskiego Związku Łowieckiego (obejmującego 6 powiatów) w różnego rodzaju urządzeniach kłusowniczych znaleziono 154 sarny (lub szczątki zwierzęcia) i 171 zajęcy! To tylko, zapewne niewielka, część z ogólnej liczby skłusowanych zwierząt. Z ocen myśliwych wynika też, że mieliśmy do czynienia z ponad 130 przypadkami kłusownictwa przy użyciu broni palnej.
– W ostatnich latach kłusownictwo niestety zmieniło swój charakter, stając się jeszcze groźniejszym procederem – mówi przewodniczący Zarządu Okręgowego PZŁ w Siedlcach, Adam Wróblewski. – Wcześniej kłusownicy strzelający do zwierząt, posługiwali się głównie starą, powojenną bronią. W latach dziewięćdziesiątych trafiło do nas zza wschodniej granicy dużo nowoczesnej broni palnej, która jest zdecydowanie skuteczniejsza. Sztucery są wyposażone w celowniki noktowizyjne, co pozwala na polowanie także w nocy. To sprawia, że zwierzyna ma coraz mniej szans na przetrwanie, a dla kłusowników jest atutem, bo trudniej z nimi walczyć. W nocy, w lesie można czuć się bardziej bezkarnym.
Lasy przed kłusownikami chroni nie tylko Straż Łowiecka, Straż Leśna, czy policja. Określone uprawnienia w tej mierze ma nawet Państwowa Straż Rybacka. Obszar do pilnowania jest jednak bardzo duży. Obejmuje zresztą nie tylko lasy, bo zwierzyna chętnie pasie się także na polach czy łąkach. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że w minionym roku udało się zatrzymać tylko dwie osoby kłusujące z bronią palną. A kłusownicy są coraz bardziej bezwzględni i coraz lepiej wyposażeni. Bywa, że nie działają w pojedynkę, ale tworzą zorganizowane grupy przestępcze.
– Przeciętny kłusownik wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze 20 lat temu – mówią w PZŁ w Siedlcach. – Coraz częściej są to ludzie bardzo młodzi, mieszkający w miastach. Jeżdżą samochodami terenowymi z zamontowanymi na nich szperaczami. Taki reflektor potrafi oślepić zwierzynę z odległości ponad kilometra. Taka „namierzona” sarna jest zupełnie zdezorientowana. Nie ucieka i celny strzał jest bardzo prosty... Na przykład jeleń ma doskonały wzrok i jest bardzo płochliwy. Ucieka na najmniejszy ruch. W snopie światła jednak nieruchomieje i jest praktycznie bezbronny.
Kolejną „nowinką” wykorzystywaną przez kłusowników są polowania z chartami, a właściwie ich mieszańcami, które są jeszcze groźniejsze. Prawdziwą plaga było to w województwie kieleckim. Walczono z nią na różne sposoby. Na trzymanie i hodowanie chartów trzeba było uzyskać zezwolenie wojewody (dziś wydają je starostowie). Z kieleckiego ta metoda kłusownicza zaczęła się rozprzestrzeniać i niestety dotarła także do naszego regionu – choć nie przybrała tu aż takiej skali. Powód jest prozaiczny.
– Charty są wykorzystywane przede wszystkim do polowania na zające – wyjaśniają myśliwi. - Tymczasem zajęcy jest bardzo mało. Mieszańców chartów używa się jednak także do polowania na sarny. Są one wprawdzie bardzo szybkie, ale na krótkich dystansach. Sarna szybko się męczy, a chart jest bardzo wytrzymały i może biegać przez cały dzień. Wcześniej czy później dopadnie sarnę, która w konfrontacji z psem jest zawsze na straconej pozycji. Ginie, żywcem rozszarpywana.
W naszym regionie cały czas bardzo dobrze trzyma się też, można powiedzieć, tradycyjne kłusownictwo – z wykorzystaniem, wyjątkowo okrutnych, wnyków. Są one tak samo groźne dla sarny, jak i dla myśliwego czy grzybiarza. Dzisiaj kłusownicy do przygotowania wnyków nie używają bowiem zwykłych drutów, ale stalowych linek, które są praktycznie nie do zerwania (i za grosze można je kupić w sklepach). Taki stalowy wnyk mocuje się do nagiętego, sprężystego drzewa, które działa jak szubienica.
– Na naszym terenie był przypadek, kiedy w taką zabójczą pułapkę złapał się strażnik łowiecki – mówią w Okręgu Siedleckim PZŁ. – Zawisłby on na drzewie, ale uratowało go to, że miał na nogach gumofilce. Sprężynujące drzewo zerwało mu but z nogi. Gdyby nie to, mogło dojść do tragedii.
– W tym roku, na pierwszym, zimowym polowaniu zorganizowanym w okolicach Kosowa Lackiego, zdjęliśmy takie właśnie stalowe wnyki – mówi prezes Koła Łowieckiego „Orzeł” w Siedlcach, Lech Ociesa. – W tamtym regionie wnyki nie były wcześniej stawiane. Widać więc, że pojawił się jakiś nowy kłusownik. Ci nie przepuszczą zresztą żadnej zwierzynie. Bobry czy wydry nie wpadają we wnyki, ale do ich chwytania używane są tak zwane żelaza, które kiedyś robili kowale wykorzystując do tego stal z resorów. Wprawdzie zwierzęta futerkowe nie były w ostatnich latach szczególnie „prześladowane” przez kłusowników – bo futra przestały być modne. Teraz wraca jednak moda na futrzane czapki czy dodatki do ubrań...
– Zima to okres, kiedy kłusownicy są szczególnie aktywni – mówi Adam Wróblewski. – Na śniegu widać tropy, a zwierzyna porusza się swoimi utartymi szlakami. Łatwo ją więc zlokalizować. Myśliwi zawsze walczyli z barbarzyńskim procederem kłusownictwa, ale jest to trudne. Takiego przestępcę trzeba złapać na gorącym uczynku, dosłownie za kołnierz...
W naszym regionie są wsie, gdzie kłusownictwo jest niemal „tradycyjnym fachem” przechodzącym z ojca na syna. To zazwyczaj najbiedniejsze wsie - głównie nadbużańskie, ale także rejon „Jaty”, Wodyń, Stoczka Łukowskiego. Tak się składa, że zazwyczaj są to także „zagłębia bimbrownicze”. Niestety, nawe zła tradycja w narodzie ciągle ma się całkiem nieźle...
Masz zdjęcia do tematu?
Wyślij !